EuroTour 2011
poniedziałek, 12 września 2011
niedziela, 4 września 2011
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Laweta
Czy całkiem przypadkiem nikt nie jedzie lawetą do Hiszpanii w okolice Madrytu, dodatkowo nie dysponuje wolnym miejscem dla auta o masie do 2 ton, wysokości 2,60 metra? tak całkiem przypadkiem...
piątek, 19 sierpnia 2011
Dzień 20
Śniadanie, szybkie pakowanie i taksówka na lotnisko - tak w skrócie wyglądał nasz poranek. Bus zostaje w słonecznej Hiszpanii - musimy znaleźć sposób na ściągnięcie go do Polski. O 21 lądujemy w stolicy naszego kraju. Część pierwsza naszych przygód wydaje się być zakończona, pozostaje teraz ściągnięcie ostatniego członka naszej ekipy – busa i jego naprawa. Musimy dokończyć planowaną podróż.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Dzień 19
O poranku wyruszamy w stronę San Sebastian - ostatnia miejscowość na mapie z dostępem do morza. Chcemy po raz ostatni zasmakować słonej wody. Po przejechaniu 33 km od Madrytu zaczyna się koniec naszej wyprawy... Jak już pisaliśmy nie trudno o przegrzanie silnika - nam się udało... Stojąc na autostradzie próbujemy uruchomić samochód z marnym skutkiem - brak wody spowodował poważne uszkodzenia. Mimo wychłodzenia silnika okazuje się, że nie możemy kontynuować dalszej jazdy. Po chwili na miejscu awarii zjawiają się Guardia Civil Trafico (odpowiednik naszych polskich drogowych "krokodyli") - prawdopodobnie w naszym kraju dostalibyśmy mandat za postój na autostradzie, w Hiszpanii jednak dostajemy pomoc w rozstawieniu trójkąta ostrzegawczego, pachołków a nawet w kontakcie z firmą ubezpieczeniową. Do chwili przyjazdu lawety, pozwoliliśmy sobie na przedstawienie zdjęć z miejsc, które odwiedziliśmy lokalnym funkcjonariuszom - byli pełni podziwu, że takim samochodem można przejechać tak długi dystans. Pakujemy busa na lawetę i jedziemy do zakładu mechanicznego. W trakcie podróży zaglądamy do miejscowej restauracji, gdzie mamy kolejną okazję do zasmakowania lokalnych potraw - obiad z dwóch dań o dziwnych nazwach - niebo w gębie. Docierając do serwisu, po wstępnych oględzinach słyszymy, że silnik jest mocno uszkodzony a naprawa może wynieść nawet 2 000 euro. Kontaktujemy się z firmą ubezpieczeniową, która oferuje nam noc w hotelu, jednak jednogłośnie z niego rezygnujemy - jest to ostatnia noc, którą spędzimy w naszym busie przed powrotem do domu, ponieważ kolejnego dnia mamy zarezerwowane miejsca w samolocie. Informacja o zakończeniu naszej wyprawy nie może do nas w pełni dotrzeć - "to już koniec?" Długo nie mogliśmy zasnąć jednocześnie nie mogąc pogodzić się z obecnym stanem rzeczy.
środa, 17 sierpnia 2011
Dzień 18
Razem z porannym słońcem witamy stolicę Hiszpanii, która gości w tym tygodniu wyjątkowo dużo młodzieży - śpiewają w metrze, tańczą na ulicy, śpią w parku - o co chodzi? Światowe Dni Młodzieży przyciągnęły tłumy pielgrzymów z całego świata. Dzięki uprzejmości polskiego księdza Sławka i jego znajomej (o dźwięcznym imieniu) Loli udajemy się do mieszkania, gdzie po śródziemnomorskim śniadaniu i gorącym prysznicu ucinamy sobie drzemkę. Pełni energii zostawiamy auto 20 km od Madrytu i udajemy się komunikacją miejską do centrum - znów mapa metra oraz linii autobusów stanowi dla nas labirynt do pokonania. Wieczorem postanawiamy udać się do miejscowego lokalu, który już z daleka zachęca do wejścia - było warto. Zamawiając zimny, orzeźwiający napój o dziwnie chmielowym smaku dostajemy trzy wyszukane przystawki: chipsy, orzeszki ziemne oraz zapiekane ziemniaki z sosem. Ponieważ po całym dniu musimy uzupełnić płyny w organizmie postanawiamy napełnić obecne na naszym stole szklanki zimnym, złotym napojem i po raz kolejny nasz stół wypełniają nowe przystawki: prażony słonecznik, oliwki oraz calzone z pastą rybną. Poziom płynów w organizmie wyrównany - czas na sen. Z racji, iż Loli często zagląda do Polski, nie pozwala nam na dalszą drogę i sen w busie w wyniku czego zaprasza nas na noc do jej mieszkania - jest to drugi raz kiedy opuszczamy naszego ukochanego busika.
wtorek, 16 sierpnia 2011
Dzień 17
Z przyczyn oczywistych opuszczamy pobliską plażę, gdzie podczas śniadania dochodzimy do wniosku, że bus sprawuje się wyśmienicie pod każdym względem, jak się okazało parę godzin później nasze pochwały było całkowicie mylne... Po przejechaniu kilku kilometrów doszło do pierwszej awarii samochodu - czujnik temperatury wody - przy temperaturze 40 stopni na zewnątrz, która utrzymuje się cały dzień, wskaźnik temperatury jest na wagę złota, nie trudno o przegrzanie silnika. W chwili naprawy czujnika odkrywamy drugą usterkę - nieszczelny zbiornik wody - trochę kleju, kawałek materiału i gotowe! Postanawiamy usprawnić nasze auto pod względem chłodzenia silnika i po 30 minutach "inż." Tomek montuje dodatkowe uruchamianie wentylatora chłodnicy. Popołudniem lądujemy na plaży w nieznanej nam miejscowości, gdzie ze względu na brak wolnego miejsca parkingowego postanawiamy wjechać na plażę, gdzie grzęźniemy w piasku. Dzięki uprzejmości plażowiczów udaje nam się wyjechać i zaparkować na twardym gruncie - czas na kąpiel i obiad. Celem dnia dzisiejszego były flamingi w naturalnym rezerwacie w miejscowości Fuente de Piedra - docieramy do niego o godzinie 23 - widok niesamowity - nic nie widać prócz księżyca w pełni i otaczających nas drzew... tylko odgłosy ptaków, świadczą o tym że nie pomyliliśmy adresów - mówi się trudno, może za rok się uda :) Mocna kawa i starujemy dalej w podróż - 550 km do Madrytu.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Dzień 16
Poranne słońce uświadamia nam, że, główny cel naszej podróży jest na wyciągnięcie ręki - nieświadomi tego spaliśmy zaledwie 2 km od Gibraltaru! Nie ma co czekać! Udajemy się na przejście graniczne i po godzinie stania w korku o długości 3 km docieramy do Gibraltaru. Kolejką linową wjeżdżamy na szczyt góry skąd rozpościerają się przepiękne widoki. Rzecz jasna, główną atrakcją są wszędzie widoczne i obecne małpy, których mina na widok turysty mówi tylko jedno - "No co? Małpy nie widziałeś?". Ostrzegano nas, że mimo potulnego wyglądu potrafią być naprawdę niebezpieczne o czym przekonaliśmy się wszyscy z osobna - Tomek po wtargnięciu do małpiej kuchni, Sylwia przy próbie pogłaskania oraz Kuba w momencie chęci zejścia schodami - groźniejsze niż byki na corridzie :) Dzień spędzony ponad 400 m n.p.m. skutecznie dał nam popalić jednak mimo braku sił wsiadamy w busa i objeżdżamy wzniesienie dookoła. Długo by pisać o Gibraltarze - Hiszpania na wyciągnięcie ręki a krajobraz tak inny zarówno w zabudowie jak i w roślinności, euro zmieniamy na funty, język z hiszpańskiego na angielski - przejście graniczne wydaje się być bramą do innego świata o powierzchni 6,5 km kwadratowego. Na noc wracamy na pobliską plażę w Hiszpanii, wzdłuż której spacerują charakterystyczni, okoliczni mieszkańcy - do wszystkiego swój blask dokłada księżyc, który dziś świeci wyjątkowo mocno.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Dzień 15
Co może oznaczać zgubienie przewodnika po Hiszpanii? Brak odpowiedzialności? Roztargnienie spowodowane oglądaniem co chwilę nowych, oszałamiających miejsc? Nie wiemy... w każdym razie przysłowie "koniec języka za przewodnika" ląduje u nas na pierwszym miejscu i tak od słowa do słowa znajdujemy się w Kartagenie gdzie zwiedzamy Teatr Romanum wraz z muzeum oraz między innymi Conception Castle i Fortune House. Czas na obiad - w związku z weekendem postanowiliśmy zrobić sobie wolne od gotowania w "domu" i ruszyliśmy w miasto. Sposób w jaki zamawialiśmy na pozór zwykła pizze jest nie do opisania, o zimnych napojach już nie wspomnę... 20 minut uzgodnień z ekspendjętką "językiem migowym" aby w 5 minut pochłonąć fast-food'a - nie ma to jak polak na obczyźnie :) Wczesnym wieczorem zaglądamy do mapy - kolejny punkt to główny cel naszej wyprawy - Gibraltar - dystans do pokonania 550 km. Bez dłuższego zastanowienia losujemy pierwszego kierowcę i ruszamy przed siebie. Przez pierwsze 200 km wydawało nam się, że jeździmy w kółko - mijane tereny wyglądały identycznie - ziemia spalona słońcem, uboga roślinność, nizinny teren i nagłe przełamanie tego co nas otaczało - pełno zieleni, to górka to dołek - Hiszpania krajem tysiąca twarzy pod każdym względem. Ponowny łut szczęścia - ciepły prysznic, krótki a jak treściwy komentarz Tomka "jeszcze nigdy regulacja ciepłej wody nie przyniosła mi tyle przyjemności..." ale, ale! nie ma co się wczuwać! "Wielka Brytania" czeka na kolejnych podróżnych. Jedziemy i nagle miejscowość Malaga (tiki taki i kasztanki) z daleka przykuwa uwagę mimo, że wszyscy spali (prócz kierowcy rzecz jasna). Opis w kilku słowach - cyrk, jarmark, mydło i powidło. Jest 2:00 a nam ciężko było znaleźć miejsce na parkingu, ludzie z każdej strony napierali na kilkuhektarowy plac na którym znajdowały się bary, restauracje, dyskoteki i inne "cuda wianki". Oświetlona jak wesołe miasteczko (swoją drogą też tam było) aglomeracja bawiła setki ludzi tak oryginalnych, że trudno ubrać w słowa to, co i kogo udało nam się zobaczyć. Godzina czasu, którą spędziliśmy wśród klimatycznej zabawy i tak nie pozwoliła nam zobaczyć wszystkiego, co było oferowane przez mijaną na naszej trasie miejscowość. Chciałoby się powiedzieć - takie rzeczy tylko w Hiszpanii! Czemu w Polsce nie ma takich imprez... O 5 nad ranem lądujemy w miejscowości La Linea de la Concepcion gdzie przy plaży parkujemy auto i bez słowa zasypiamy.
sobota, 13 sierpnia 2011
Dzień 14
Zaraz po kolacji postanawiamy opuścić dotychczasowe miejsce i udać się w kierunku Walencji. Po drodze zatrzymujemy się na stacji aby uzupełnić braki paliwa gdzie przy okazji udaje nam się znaleźć prysznic na miarę XXI wieku. Okazało się jednak, że jest on przeznaczona tylko dla personelu jednak po krótkiej wymianie zdań za drobną opłatą dostajemy klucze! Radość trwała do chwili, w której odkryliśmy brak ciepłej wody... O wschodzie słońca docieramy do Walencji, która zdaje się jeszcze spać więc i my szukamy miejsca dla nas - 15 km dalej w małej miejscowości el Saler parkujemy i w mgnieniu oka zasypiamy. Z racji, iż zaczął się weekend pobliska plaża już o 8 rano wita pierwszych gości co nie pozwala nam na pełne zregenerowanie sił więc po szybkiej i mocnej kawie kierujemy się w kierunku Wenecji. Rezygnujemy ze zwiedzania na rzecz corridy, która odbywa się co weekend w mieście Silla. Przedmieścia opuszczone, nikogo nie ma, zero ruchu ulicznego, wiatr i unoszący się kurz podkreśla gorący klimat - widok jak z filmów grozy. Po dojechaniu do centrum obraz zmienia się diametralnie - wypchane mieszkańcami po brzegi uliczki pełnych kawiarni, w których stołują się również turyści uświadamia nam, że nie tylko my obraliśmy to miejsce z wiadomych przyczyn. Byki, muzyka, widownia i "torreadorzy" - pierwszy raz mamy okazję oglądać tak spontaniczne widowisko, nikt nie jest w stanie przewidzieć co stanie się za parę sekund. Sami również postanawiamy podnieść poziom adrenaliny w naszych organizmach i wtapiamy się w tłum czekając na zwrot akcji w naszą stronę. Kilka bliskich spotkań oko w oko wystarczyło aby podnieść ciśnienie, które pozwoliło nam na kontynuowanie drogi w kierunku Kartageny. Jak dobrze, że w schowku odnajdujemy płytę z nagraniami w ojczystym języku - "śpiewać każdy może, trochę lepiej lub..." i tak w palącym słońcu po 4 godzinach jazdy trafiamy do miejscowości Playa Honda - woda, piasek i te sprawy - chciałoby się powiedzieć "znowu" :) Na pobliskim kempingu znajdujemy prysznic z wodą - ciepłą! Przed spoczynkiem ponownie odnajdujemy "rodzinę" na jednym z parkingów przy plaży, tym razem kolejni miłośnicy VW T3 okazują się być mieszkańcami Wielkiej Brytanii i od 3 tygodni podróżują po zachodniej Europie - życzmy im i sobie powodzenia i szerokości w kolejnych kilometrach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)